Jakiś czas temu zaczęłam przyglądać się temu co jem. A raczej co serwują nam sklepy, warzywniaki i ogólnie przepisy prawne dopuszczające wiele trucizn w niewielkich dawkach w jedzeniu. Po drodze przyszedł też czas na kosmetyki.
Z uwagi na fakt, że po zamieszkaniu w NH jakość wody w kranie dramatycznie mi się pogorszyła i moja skóra od razu to odczuła, zaczęłam (choć niechętnie z uwagi na portfel) szukać kosmetyków bliższych naturze.
Na warsztat poszła długo używana przeze mnie Ziaja.
Marka jak marka - wszystkim znana, sprzedawana głównie w aptekach, a w ostatnim czasie także w marketach i sklepikach franczyzowych. Dopóki mieszkałam w innej części miasta, było w porządku. Przynajmniej w kwestii mleczka do ciała, żelu pod prysznic, płynu do higieny intymn i kremu. Efekty były dalekie od ideału (tzn od miłej, przyjemnej i nawilżonej skóry po stosowaniu kremu Bielendy - miód i bursztyn - obecnie już niedostępnego - swoją drogą dlaczego?!), ale można było uznać, że krem daje radę. Używałam kilku rodzajów, awokado, biała herbata, nagietek - jednakże zawsze miałam wrażenie, że część tłusta kremu kompletnie nie wiąże się z częścią "wodnistą" i przez to krem się nie wchłania. Jak to zwykle bywa, jak nie wiesz o co chodzi, to chodzi o pieniądze i finalnie był to powód do używania tego kosmetyku, zwłaszcza po niepochlebnych recenzjach lekkich kremów Nivea i przetestowaniu powyższych. Szampon za to już na starcie był porażką. Wysuszał moje cienkie włosy do postaci siana sterczącego spomiędzy ścierniska. Po akcji jedzeniowej postanowiłam oglądnąć etykietkę pod względem długości listy składników, ich miejsca w składnikowej kolejce. I tu Ziaja niestety podpadła na całej linii. Jedynymi kosmetykami, które przetrwaly próbę czasu są płyn do higieny intymnej
oraz krem do rąk z zeszłorocznej linii kosmetyków, który wchłania się błyskawicznie i po posmarowaniu na noc, daje przyjemny efekt odnowionych rąk!
Płyn do higieny intymnej został przeze mnie także wybrany metodą prób i błędów. W fali szaleństwa "dobrych kosmetyków" przerzuciłam się na pewien czas na całościowy pakiet zachwalanego przez blogerki ciążowe Białego Jelenia. Jeleń ze mnie straszny, ale dałam się nabrać. Niestety marka zdechła, ale po kolei. Kupiłam jeleniowy płyn i owszem "wszystko fajnie", ale lepiej chronił mnie przed bakteriami płyn Ziai. Po tej próbie, ponownie zmierzyłam się z bakteriami w naszej (jak się domyślam) niezbyt zadbanej pracowej toalecie. Ma się rozumieć walkę przegrałam, po kuracji powróciłam do Ziai. Jest gut!
Inne Jelenie których próbowałam:
Szampon - podobnie jak Ziai - porażka, wysuszał mi włosy i także skórę głowy. Na dodatek mimo napisu hipoalergiczny (napis ten jest na wszystkich kosmetykach Jelenia) zawiera w sobie osławiony SLES. Niby to łagodniejsza wersja SLS, ale jednak. Mój czerep tego nie zdzierżył.
Żel pod prysznic niestety po dłuższym użyciu zaczynał mnie uczulać - swędziała mnie cała skóra.
Z uwagi na te dziwne objawy, które zaczęły mnie dopadać w tym mieszkaniu, udałam się w dwa miejsca: do alergologa i do dermatologa. Alergolog w testach płatkowych nie wykrył NIC, podobnie jak dermatolog. Ten drugi jedynie zalecił ponowną zmianę kosmetyków - najlepiej na Vichy.
Francuzy niestety dają po kieszeni, więc złapałam się innej marki - tańszej i skuteczniejszej. Zanim jednak o tym, to jeszcze parę słów o Jeleniu. Prócz szamponu, płynu do higieny intymnej i żelu przerobiłam także: żel do pielęgnacji twarzy - może być, ale jak większość kosmetyków na rynku tego typu - efekt czystości uzyskiwany jest kosztem wysuszenia skóry.
Mydło glicerynowe nagietkowe - rewelacja pod względem zapachu i przyjemności z korzystania, wadą jest jednak cena ponad 2 zł za maleńką kostkę i szybkość jej zużycia.
Standardowe mydło szare, które polecam na wszystko i do wszystkiego.Prócz mycia się, stosuję je także do prania bielizny, jest środkiem delikatnym i skutecznym. Minusem jest dosyć specyficzny acz nie nieprzyjemny zapach oraz to, że po reaktywacji marki z wielkiej kostki za 2 złocisze pozostała mała kostka (wielkość przeciętnego mydła) za złotych 2.60;
A teraz o moim odkryciu!
Seria Eco firmy AA jest świetna. Krótka lista składowa, wyciągi z roślin znajdują się zaraz po tłustych bazach. Na każdym opakowaniu jest napisane ile składników naturalnych znajduje się wewnątrz, kosmetyki nie są perfumowane. Moje pierwsze spotkanie z nimi to próbka balsamu do ciała z dyni. To byl strzał w dziesiątkę, niestety trudno go dostać i świetny balsam mimo gęstej konsystencji szybko się kończy (tubka 150 ml/ 34zł- a przynajmniej tyle płaciłam w najtańszej aptece stacjonarnej)
Pozostałe kosmetyki to krem śliwkowy - mocno ściąga i świetnie się wchłania. Człowiek czuje, że kosmetyk na jego twarzy wykonuje jakąś pracę.
Duża tubka to marchewkowy żel do twarzy - nie wysusza, czyści i daje uczucie świeżości, bez zbędnego dodatku sztucznych smrodków.
Trzecia tubeczka to krem pod oczy z dzikiej róży. Stosuję go rano, bo nigdy nie dosypiam i mam straszne cienie pod oczami o tej biednej 5tej rano. Po kremie znikają i w pracy (o 7mej) nie widać już, że się człowiek nocą szlajał. Podobnie jak krem śliwkowy - mocno pracuje ze skórą.
Te trzy kosmetyki można dostać zarówno osobno jak i w zestawach - ja poluję na zestawy, są bardzo ekonomiczne, zestaw to ok 50zł wydatku, ale naprawdę się opłaca. Kremy wystarczają mi na kilka miesięcy. Trzeba przyzwyczaić się do braku zapachu lub zapachu podstawy glicerynowej.
Na zakończenie i zupełnie nietematycznie: pojawiła się druga kreska na teście LH. Mocno spóźniona, ale i tak się okrutnie cieszę. O testach i jeszcze innych nowościach w mojej kosmetyczce prawdopodobnie w następnym poście.
A dla moich Czytaczy - najnowsza moja muzyczna miłość:
środa, 25 czerwca 2014
niedziela, 22 czerwca 2014
Gdzie moje jajko? - rzecze Kura.
To żadna tragedia. No żadna, ale osobista. Zero skupienia, tylko łażę i łażę po tym domu, a jutro egzamin na prawko - teoria nr 1 i mam nadzieję ostatnia. To śmieszne, bo to pierwsza próba, ale wyczekiwana od roku, (próba bycia mamą, nie próba egzaminu ;)), a denerwuję się tym niezmiernie. Tak wiem, 3-6 miesięcy zdrowym ludziom to zajmuje, tak wiem, nie schizować się. Tylko gdzie moje jajko??? Szaleńcze liczenie zaczęłam już kilka miesięcy temu za podręcznikiem "W oczekiwaniu...", tak na próbę, żeby zobaczyć jak to jest i czy to w ogóle to jest realne. Do pracy mam na 7mą, więc wstaję 4.45, a mierzenie temperatury o tej godzinie to jest po prostu samookaleczenie. Na szczęście termometr zapamiętuje dane na później. W tej metodzie najpierw wyszło, że mam w tych godzinach nienormalną temperaturę bo jakieś 34st C praktycznie codziennie. Koleżanka powiedziała mi, że powinnam mierzyć w ustach i owszem podziałało - mam 35st. Na kursie prawka, na lekcjach z ratowniczką medyczną, owa powiedziała, w kontekście zajęć, że taka temperatura to już prawie śmierć. Wspaniale, a więc jestem żywym trupem, przynajmniej pod pachą! Po dwóch miesiącach bez zmian i bez skoków temperatury - przynajmniej dla mnie wyraźnych, zarzuciłam metodę. W międzyczasie kalendarz zapełnił się pomiarami śluzu i miękkości szyjki. Szyjka? Słaby ze mnie medyk, jest zawsze taka sama. A mazie te i owe też nie zachowują się standardowo. Dwa miesiące i dość. Okres mam teraz sterowany Luteiną, bo jak powiedziałam lekarzowi, że działa normalnie (czyli spóźnia się 1-2-3 dni) to powiedział, że to nienormalne. Ha! To jeszcze nie wie, że nienormalnie to tydzień albo więcej. Okres więc działa. Na kolejnym etapie odkryłam LH testy. Postanowiliśmy użyć ich jako antykoncepcji (tak, tak z pełną premedytacją, że jak będzie to będzie super, niestety test pomylić się nie chciał!) i dzidziusia nie było. Były za to dwie kreski na testach, kiedy pojawiało się jajko. Teraz, kiedy już jest po zabiegu i na jajko czekamy jak na zbawienie, po idealnie wypadającym okresie i skrupulatnym liczeniu na teście w ciągu ostatnich 5 dni nie pojawiła się moja kreska. Tak, złośliwie i z premedytacją nie pojawiła się. I jest mi źle, bo nie piłam alkoholu, nie szalałam byłam spokojna i zadowolona. Zero stresów, więc, gdzie moje jajko?!
poniedziałek, 9 czerwca 2014
Done!
Po długim i wyczerpującym weekendzie z trzydziestoma paroma stopniami za oknem i 1500 pytaniami w programie do nauki jazdy mogę wszem i wobec obwieścić, że zdałam test wewnętrzny. Potem zjadłam fest-tuczące lody i dałam sobie spokój z pytaniami na dziś. Od jutra czeka mnie znowu wzmożona praca - prawdopodobnie pod koniec tygodnia otrzymam dokumenty i będę się mogła umówić na egzamin w ośrodku.
Nieliczni Czytacze - trzymajcie kciuki! Wszystko to przecież z myślą o Pływającej Kropce.
Obrazek pożyczony ze strony: http://boofsbooks.wordpress.com/2010/12/16/and-the-winner-is-2/
Nieliczni Czytacze - trzymajcie kciuki! Wszystko to przecież z myślą o Pływającej Kropce.
Obrazek pożyczony ze strony: http://boofsbooks.wordpress.com/2010/12/16/and-the-winner-is-2/
środa, 4 czerwca 2014
Już!
Albo raczej nie do końca. Już skończyłam te okropne jazdy, jeszcze nie zdałam egzaminu!
Boję się śmiertelnie, bo to w końcu takie ważnie, nie zrobić komuś krzywdy i sobie jak się jeździ.
Nie zawieźć Rodziny, co zainwestowała i co liczy na to, że się zda.
<br>
Już, bo już czerwiec,ten upragniony i wyczekiwany, z taką ogromną niecierpliwością. Termin zabiegu usunięcia znamiona przesunął mi się o tydzień wcześniej, więc mam tydzień więcej na zagojenie przed wakacjami w Lizbonie. Tydzień więcej na oczyszczenie organizmu z podanego znieczulenia. Boję się tego zabiegu, bo tym razem (już drugim) pieprz jest z przodu i będę widzieć jak mi grzebią w ciele (na samą myśl jest mi niedobrze!). Boję się też tego, że jak wróci próbka z badań to usłyszę coś strasznego i wtedy jak w Balladynie spadnie na mnie grom z jasnego nieba i powali tą wiadomością. Oczywiście to czarnowidztwo, ale trudno się nie schizować, jak akcja się powtarza. Podwójnie przykry będzie to dzień, ponieważ nie będzie ze mną Małża, tylko Przyjaciel. Przyjaciel dobra rzecz, ale Małż lepszy, zwłaszcza w opresji!
<br>
Do zespołu leków ;) dołączył jeszcze jeden. Lęk przed samym sobą, bo przecież tak bardzo chcę tej małej poczwary, że jeśli za pierwszym razem się nie uda, to jak mniemam dostanę świra. Wiem, wiem. To wszystko biologia i trochę szczęścia. Wiem, wiem, u absolutnie zdrowych to trwa między 3-6 miesięcy w porywach do roku. I co z tego, wiedzieć to jedno, a czuć to drugie.
Jest jeszcze aspekt socjo-rodzinny. Wprawdzie nikt nas tym tematem nie zadręcza, nikt o nic nie pyta, ale mam poczucie, że będę mieć sobie za złe, jeśli świeżo upieczone małżeństwo kuzynów będzie szybsze. Małż mówi, że to nie wyścig. No nie wyścig ja wiem, ale w psyche jest coś takiego, że nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Co innego jakby to było równocześnie, to nawet takie marzenie mam, że by się nam razem jakoś to dało fajnie zgrać, bo mieszkamy niedaleko i można by razem dzieci wietrzyć i wzajemnie sobie podrzucać i rodzinnej było by, tak jak mi się zawsze w dzieciństwie roiło, patrząc na innych i nie mając samemu rodzeństwa.
<br>
Podsumowując. Umysł babski jest tak skomplikowany, że czasem sama się sobie dziwię, że wytrzymuję ten natłok sprzeczności i nie wyszłam jeszcze z siebie i nie stanęłam obok.
<br>
Do usłyszenia niebawem, jak tylko ciut pooglądam skrzyżowań na komputerze!
<br>
<br>
P.S. A tych pod postem kocham, och kocham!
<br>
<br>
środa, 23 kwietnia 2014
Przerywam ciszę
Dziś jest mi wyjątkowo trudno.
Taki myk: wkurzona odcięciem od świata postanowiłam podpisać umowę w salonie telefonii komórkowej i mieć internet "ze sobą". Tak. Mam bystrą słuchawkę, ale bez internetu. Mąż mnie odświeża i oddinozaurza. Ja się przez niego cyfryzuję. Dostałam tego bystrzaka na urodziny w listopadzie, ale internet to jakoś mi tam nie pasował. Może jak już ogarnę się na te aplikacje i przestanę wreszcie wciskać coś "niechcący" to może będę posty puszczać z komórki. Będzie (niby) częściej!
To taki nawias był. Teraz o tym co trudne. Ostatnio odnoszę wrażenie, że otacza mnie co raz to więcej osób, które w jednym z najszczęśliwszych momentów swojego życia doznają jednocześnie największej tragedii, mianowicie utraty dziecka (na różnych etapach zaawansowania ciąży). Przeraża mnie to. Nie są chorzy, ani "starzy", wszyscy z pierwszym dzieckiem i przed 30ką. Ułożeni i pozbawieni nałogów. Co jest grane?! W moim otoczeniu, namacalnym, niewirtualnym naliczyłam takich przypadków 4. Największe wrażenie zrobił na mnie ten, o którym dowiedziałam się dwa dni temu. Koleżanka, która ze swoim świeżutkim, zeszłorocznym mężem kłóciła się o dzidziusia "teraz czy za rok" doznała swojego szczęścia podwójnie. Miały być bliźniątka. Miało być pięknie, ale ciąża była skomplikowana i dzidziusie pchały się na świat 2.5 miesiąca wcześniej. Tylko, że jedno było za malutkie i nie dało rady. Jestem pod wrażeniem, że minęło tak niewiele czasu, ale oni w obiektywie zdjęć z Wielkiej Nocy trzymają się dzielnie i prosto. Potrafią się uśmiechać. Popycha ich do działania drugi maluch. Ona taka malutka i drobna zmieściła w sobie tak wiele. Odkąd się dowiedziałam, jestem z nimi myślą i przerażenie mnie nie opuszcza. Te wszystkie sielskości popadły w wątpliwość. Nigdy nie uważałam, że poród jest piękny, ani miły. Zawsze myślałam o tym jako o czymś obrzydliwym. Jak o mięsie Grochowiaka.
Bo życie
Znaczy:
Kupować mięso Ćwiartować mięso
Zabijać mięso Uwielbiać mięso
Zapładniać mięso Przeklinać mięso
Nauczać mięso i grzebać mięso
/S.Grochowiak, Płonąca Żyrafa/
Jednak gdzieś spod mojej grubej skóry oporu wychylała się euforyczna i wydawałoby się sadomasochistyczna myśl o tym, że to piękne. Że mimo wszystko chcę. I tak jak dziewczęta wojenne gotowe były na śmierć, ale nie na rany, tak ja w swoim postrzeganiu tego skomplikowanego procesu byłam gotowa na ból i komplikacje, ale nie na śmierć. Nawet cudzą. Choć bliską. Mam teraz z Nimi żałobę. Dzielę ją razem, bo uważam, że to mogłoby przytrafić się mnie, ale nie mojej Mrufce. Mnie, bo ja całe życie się zapierałam, że nie chcę, że fe i matka mi prorokuje, że tak będzie, jako rzekłam, a kobyłka u płotu. Ale nie mojej M. bo ona zawsze chciała, pragnęła, była otwarta i przyjęła bez gadania zbędnego dwa zamiast jednego. Zamiast planowania, liczenia dni i mierzenia temperatury.
Źle mi bo czuję ten dysonans.
I jeszcze dlatego, że nie czuję się kobietą. Bo to, że je masz na rękach, chociaż przez minutę, to cię odradza na nowo, jesteś już wtedy kimś innym. W Mundrych (nowej ksiażce z Czarnego, pochłoniętej przeze mnie w jedną noc) znalazła się wypowiedź Pani Embriolog. Ona zobaczyła, że ludzie stają się rodzicami, widząc chociażby szklaną płytkę pod mikroskopem, z czymś, co już nie jest odrębne a wspólne i jednocześnie jest czymś innym, osobnym. Jesteśmy tacy ambiwalentni. To genialne. I trudne.
Taki myk: wkurzona odcięciem od świata postanowiłam podpisać umowę w salonie telefonii komórkowej i mieć internet "ze sobą". Tak. Mam bystrą słuchawkę, ale bez internetu. Mąż mnie odświeża i oddinozaurza. Ja się przez niego cyfryzuję. Dostałam tego bystrzaka na urodziny w listopadzie, ale internet to jakoś mi tam nie pasował. Może jak już ogarnę się na te aplikacje i przestanę wreszcie wciskać coś "niechcący" to może będę posty puszczać z komórki. Będzie (niby) częściej!
To taki nawias był. Teraz o tym co trudne. Ostatnio odnoszę wrażenie, że otacza mnie co raz to więcej osób, które w jednym z najszczęśliwszych momentów swojego życia doznają jednocześnie największej tragedii, mianowicie utraty dziecka (na różnych etapach zaawansowania ciąży). Przeraża mnie to. Nie są chorzy, ani "starzy", wszyscy z pierwszym dzieckiem i przed 30ką. Ułożeni i pozbawieni nałogów. Co jest grane?! W moim otoczeniu, namacalnym, niewirtualnym naliczyłam takich przypadków 4. Największe wrażenie zrobił na mnie ten, o którym dowiedziałam się dwa dni temu. Koleżanka, która ze swoim świeżutkim, zeszłorocznym mężem kłóciła się o dzidziusia "teraz czy za rok" doznała swojego szczęścia podwójnie. Miały być bliźniątka. Miało być pięknie, ale ciąża była skomplikowana i dzidziusie pchały się na świat 2.5 miesiąca wcześniej. Tylko, że jedno było za malutkie i nie dało rady. Jestem pod wrażeniem, że minęło tak niewiele czasu, ale oni w obiektywie zdjęć z Wielkiej Nocy trzymają się dzielnie i prosto. Potrafią się uśmiechać. Popycha ich do działania drugi maluch. Ona taka malutka i drobna zmieściła w sobie tak wiele. Odkąd się dowiedziałam, jestem z nimi myślą i przerażenie mnie nie opuszcza. Te wszystkie sielskości popadły w wątpliwość. Nigdy nie uważałam, że poród jest piękny, ani miły. Zawsze myślałam o tym jako o czymś obrzydliwym. Jak o mięsie Grochowiaka.
Bo życie
Znaczy:
Kupować mięso Ćwiartować mięso
Zabijać mięso Uwielbiać mięso
Zapładniać mięso Przeklinać mięso
Nauczać mięso i grzebać mięso
/S.Grochowiak, Płonąca Żyrafa/
Jednak gdzieś spod mojej grubej skóry oporu wychylała się euforyczna i wydawałoby się sadomasochistyczna myśl o tym, że to piękne. Że mimo wszystko chcę. I tak jak dziewczęta wojenne gotowe były na śmierć, ale nie na rany, tak ja w swoim postrzeganiu tego skomplikowanego procesu byłam gotowa na ból i komplikacje, ale nie na śmierć. Nawet cudzą. Choć bliską. Mam teraz z Nimi żałobę. Dzielę ją razem, bo uważam, że to mogłoby przytrafić się mnie, ale nie mojej Mrufce. Mnie, bo ja całe życie się zapierałam, że nie chcę, że fe i matka mi prorokuje, że tak będzie, jako rzekłam, a kobyłka u płotu. Ale nie mojej M. bo ona zawsze chciała, pragnęła, była otwarta i przyjęła bez gadania zbędnego dwa zamiast jednego. Zamiast planowania, liczenia dni i mierzenia temperatury.
Źle mi bo czuję ten dysonans.
I jeszcze dlatego, że nie czuję się kobietą. Bo to, że je masz na rękach, chociaż przez minutę, to cię odradza na nowo, jesteś już wtedy kimś innym. W Mundrych (nowej ksiażce z Czarnego, pochłoniętej przeze mnie w jedną noc) znalazła się wypowiedź Pani Embriolog. Ona zobaczyła, że ludzie stają się rodzicami, widząc chociażby szklaną płytkę pod mikroskopem, z czymś, co już nie jest odrębne a wspólne i jednocześnie jest czymś innym, osobnym. Jesteśmy tacy ambiwalentni. To genialne. I trudne.
środa, 2 kwietnia 2014
Telegraficznym skrótem czyli o matko! to jednak ktoś to czyta :)
Do wszystkich Milusińskich, Zainteresowanych.STOP.Żyję.STOP.Zaczęłam zdobywać prawo jazdy.STOP.Przygotowuję notkę w telefonie, ale, żem dinozaur (w sensie, że nie mam internetu w smartfonie), to zasiadanie przed kompem sprawia mi wiele trudności.STOP. Dziękuję za odwiedziny, dobrej nocy.STOP>
(szkoda, że telegramy już nie istnieją, to było coś...)
poniedziałek, 3 marca 2014
Cała oczekiwaniem
Jak bardzo potrafię stać się oczekiwaniem?
Kto mnie nie zna, nie wie.
Kiedy oczekuję na paczkę czy list, stoję przyklejona do okna. W pracy robię szybki przemarsz od drzwi do drzwi - wszyscy oczywiście widzą i wiedzą, że czekam. Kurier od wejścia zostaje poinformowany, przez któregoś z kolegów, że jest tu jedna taka, co już szaleje z tęsknoty za nim i jego dla niej przesyłką. Podśmiewają się ze mnie, a mnie wcale nie jest niemiło. Muszę tak czekać, bo inaczej eksploduję. Niecierpliwa? Nie wiem. Po prostu oczekiwanie bywa miłe. Podsyca we mnie życie. Istnieje cel.
Zawsze był jakiś cel.
Prawie wcale się nie udawało. Szybki change i nowy cel, żeby nie zejść z braku oczekiwania.
Niedawno jednak zabrakło takiego celu. Nastąpił przesyt. Przesyt wszystkiego, czego można dotknąć. I regres, do wspomnień.
Mam dosyć wspomnień/ Z trudem ogarniam własny dom
Taki to etap mi się przydarzył.
Czemu? Bo pewnego dnia, kilka nowych, szalenie poważnych celów zalśniło na horyzoncie. Rzeczy obce, takie jak bycie z kimś 24h i dom i pies i kapcie miękkie ze szlafrokiem, stały się bliskie i upragnione. Nie podróże, malowanie, ekstra praca. Jakimś instynktem przetrwania samo się, zrobiło się i jest, ale to nie to, o czym człowiek śnił całe życie.
Więc regres się stał, do wspomnień. Wywlekania tego, co powinno się schować i najgorszej z możliwych, porównania do dziś. I jeszcze to, że w tym porównaniu wypadam sama dla siebie kiepsko. O tym, że pewne drogi nie skrzyżują się już nigdy, jakoś rozum może pomyśleć, ale resztę ogarnia wciąż niepojęte oczekiwanie, które trwa już prawie 9 lat. W końcu moje oczekiwanie na dziecko, zamieniło się w gorzkie porównanie tego co jest, z tym co mogłoby być. Posiadaniem dziecka o ładnym, znajomym imieniu, mieszkaniu w domu na nieodległej ulicy i robieniu tego, co kocham w ramach pracy, zaraz po pracy, z kimś naprawdę bliskim.
Więc na co dzień na twarz nakładam brokat/ mylą mi się słowa z tego całego oczekiwania, na to co już się nie wydarzy. Piszę maile. Niezdrowe, o pogodzie, które nie powinny nigdy się pojawić.
Już, już, już nie wytrzymuje tempa
Wszystko kurwa skręca
Beksa
Straszna chała w głowie
Oglądaliśmy Wielkie piękno. Świetny film. Włoskie Dolce Vita. Doskonała muzyka.
Boję się, że jedna ze scen, zmieni się w rzeczywistość. Ta, w której główny bohater dowiaduje się o pewnym pamiętniku. Nie, nie o Jepa się wtedy martwię...
Jestem beksa ...
(piosenka ładna, parę słów znajomych)
Kto mnie nie zna, nie wie.
Kiedy oczekuję na paczkę czy list, stoję przyklejona do okna. W pracy robię szybki przemarsz od drzwi do drzwi - wszyscy oczywiście widzą i wiedzą, że czekam. Kurier od wejścia zostaje poinformowany, przez któregoś z kolegów, że jest tu jedna taka, co już szaleje z tęsknoty za nim i jego dla niej przesyłką. Podśmiewają się ze mnie, a mnie wcale nie jest niemiło. Muszę tak czekać, bo inaczej eksploduję. Niecierpliwa? Nie wiem. Po prostu oczekiwanie bywa miłe. Podsyca we mnie życie. Istnieje cel.
Zawsze był jakiś cel.
Prawie wcale się nie udawało. Szybki change i nowy cel, żeby nie zejść z braku oczekiwania.
Niedawno jednak zabrakło takiego celu. Nastąpił przesyt. Przesyt wszystkiego, czego można dotknąć. I regres, do wspomnień.
Mam dosyć wspomnień/ Z trudem ogarniam własny dom
Taki to etap mi się przydarzył.
Czemu? Bo pewnego dnia, kilka nowych, szalenie poważnych celów zalśniło na horyzoncie. Rzeczy obce, takie jak bycie z kimś 24h i dom i pies i kapcie miękkie ze szlafrokiem, stały się bliskie i upragnione. Nie podróże, malowanie, ekstra praca. Jakimś instynktem przetrwania samo się, zrobiło się i jest, ale to nie to, o czym człowiek śnił całe życie.
Więc regres się stał, do wspomnień. Wywlekania tego, co powinno się schować i najgorszej z możliwych, porównania do dziś. I jeszcze to, że w tym porównaniu wypadam sama dla siebie kiepsko. O tym, że pewne drogi nie skrzyżują się już nigdy, jakoś rozum może pomyśleć, ale resztę ogarnia wciąż niepojęte oczekiwanie, które trwa już prawie 9 lat. W końcu moje oczekiwanie na dziecko, zamieniło się w gorzkie porównanie tego co jest, z tym co mogłoby być. Posiadaniem dziecka o ładnym, znajomym imieniu, mieszkaniu w domu na nieodległej ulicy i robieniu tego, co kocham w ramach pracy, zaraz po pracy, z kimś naprawdę bliskim.
Więc na co dzień na twarz nakładam brokat/ mylą mi się słowa z tego całego oczekiwania, na to co już się nie wydarzy. Piszę maile. Niezdrowe, o pogodzie, które nie powinny nigdy się pojawić.
Już, już, już nie wytrzymuje tempa
Wszystko kurwa skręca
Beksa
Straszna chała w głowie
Oglądaliśmy Wielkie piękno. Świetny film. Włoskie Dolce Vita. Doskonała muzyka.
Boję się, że jedna ze scen, zmieni się w rzeczywistość. Ta, w której główny bohater dowiaduje się o pewnym pamiętniku. Nie, nie o Jepa się wtedy martwię...
Jestem beksa ...
(piosenka ładna, parę słów znajomych)
Subskrybuj:
Posty (Atom)






